Masz złotówkę?

Witkiewicz  w swojej prozie jest, jak człowiek obok. Ciekawi nas, na co taki twórca zwracał uwagę, co dostrzegał, bo opisuje się zwykle rzeczy, które są nam bliskie, które nas fascynują, które nas uwodzą.

„Był upał. Słońce popołudniowe topiło się w białym blasku, zalewając pożogą promieni drżących, srebrno-szarych połamane dachy i strzeliste szczyty wież, których cienie roztaczały się po ścianach domów, kładły się długimi plamami po obszarach placów, lub sięgały w głąb wąskich ulic.”[1]

Jakie miasto opisuje? Choć robi to na bardzo długo przed tym nim my się w nim pojawimy, opis tak dobrze oddaje klimat, że od razu widzimy te miejsca.

„W pustym rynku drzemało parę dorożkarskich koni i z rzadka przemykał się jasny parasol, z pod którego wyzierały nogi, lub spódnice i wlokąca się za niemi plamka cieniu. Na linii A-B, po której zwykle przechadza się zezując „Pod Barany”, opinia publiczna Krakowa, dziś przesuwały się za słońcem tylko cienie latarni gazowych. (…) Światło to życie architektury.”[2]

Już wtedy istniał podział rynku na strefę A, B i C. Dowiedzieliśmy się o nim pracując w ogródkach jako kelnerzy. Do strefy A i B przychodziła najbogatsza klientela, kawiarnie  miały ceny najwyższe, najwspanialszy wystrój. Panowały zasady, którym podlegały. Ktoś rządził, inni musieli się mu podporządkować. Strefa C, pizzerie i mniejsze bary. Nie liczyły się. W strefach A i B nie pytano o książeczkę zdrowia, istotna była uroda. Kelnerka miała przyciągać wzrok, należała do wystroju.

„Wieże Mariackie, owiane opalową mgłą światła, wznosiły się lekko na tle szarego nieba, na którem migotała pozłota ich koron.

Długie błękitnawe cienie ciągnęły się od stóp ich, ześlizgiwały się po ścianach domu „Pod Murzynami”, czepiały się jego gzemsów, nakrywały dachy i ginęły w ulicy Floriańskiej.”[3]

Żeby zauważyć te cienie, te promienie i zmieniające się barwy kamienic pod wpływem światła, które dozowało swoje nasilenie w ciągu dnia, trzeba w Krakowie mieszkać. Te obrazy nie są widoczne dla turystów pędzących przez rynek i brukowane uliczki, niczym stado bizonów. To intymne kolory, intymne zapachy, które czuje się tylko poprzez nieśpieszne obcowanie z murami. Obcowanie z gawędami żebraków, szaleńców i wariatów, którzy każdego dnia przychodzili do kelnerów po drobne – w zamian potrafili kupić rajstopy, kiedy nie można było zejść ze zmiany albo przynieść obwarzanka, bo każdemu w podobny sposób kiszki grały marsza – pozwalało zagłębić się w tkankę mięśniową tego miasta. Nie było innego sposobu by zrozumieć język rynku, język kamienic i typów ulicznych przechodniów.

Nie wystarczyło także mieszkać w akademiku i uczęszczać na zajęcia, a potem wracać, co sobotę do rodzinnego domu na obiad, gdzieś w podkarpackim. Trzeba było w tym mieście mieszkać, trzeba było klepać biedę z ludźmi obok.

Nim słońce na dobre zalało taflę rynku, najpierw koło ósmej ulice przecierała okrągła szczota ulicznej myjki. Potem naprzeciwko nas (kelnerów) pod sukiennicami ustawiał się zespół i grał jazz, ale jak grał! Trąbki błyszczały w potoku słońca, które ochoczo wytryskało  zza kamienic coraz obfitszym blaskiem. Papiery walały się dookoła, pustka tańczyła na płytach rynku, ale my (kelnerzy z pierwszej zmiany) słuchaliśmy bez tchu. Takich koncertów nie miał nikt.

Dostawaliśmy obwarzanki na kredyt, bo pan zza rogu Floriańskiej wiedział, że za godzinę już zarobimy i oddamy dług. Nim upał zaczął się nad nami pastwić mieliśmy już pierwsze napiwki. W strefie A, B, klient miał prawo przypalić papierosem rajstopy kelnerce, bo zażyczył sobie, żeby je ściągnęła. W strefie C zawsze znalazł się mężczyzna, który stanął w obronie i nie dopuściłby do takiej sytuacji. Im drożej – tym drożej, ale i podlej.

Rynek to także żebracy, którzy chodzili między stolikami. Był wśród nich taki, który z trzęsącą się dłonią jęczał: masz złotówkę? Kiedy ktoś zapytał czy będzie miał wydać ze stówki niezbity z tropu kiwną głową. Wydał tyle, że złotówkami. Inny stawał przed ogródkiem i śpiewał arię. Kelnerzy mieli obowiązek go przeganiać, ale za sekundę wracał. Trzeba przyznać, że śpiewał bez fałszu. Pewnego razu znajomy zamiast dać pieniądze żebrakowi (stałemu bywalcowi ogródka) kupił mu jedzenie, ten obraził się na niego.

Można by długo. Po latach pierwsze skojarzenie z Krakowem to rynek zalany słońcem, rześkie powietrze letniego poranka, służby porządkowe sprzątające po turystach, skrzypiący wózek pana z obwarzankami, cisza i gołębie a wśród nich leniwie uwijający się ludzie, którzy pracowali po to, żeby turyści mogli się bawić. Wspaniały czas! Bądźcie z nami.

[1] Stanisław Witkiewicz „Na przełęczy” Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska”, Warszawa, s.1

[2] Tamże, s.7

[3] Tamże

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinby feather