Namiętność kontra rozsądek

         Człowiek zakochany przypomina szaleńca. Jest także wyjątkowo rozgadany. Gada sam z sobą. Odzywają się w nim przeróżne głosy, jednak najczęściej pośród tych głosów prym wiedzie Rozsądek i Namiętność. Niestety albo na szczęście im sercowe zaangażowanie większe tym rozsądek cichszy.

            Wewnętrzne rozmowy są bardziej zaciekłe im kochana osoba jest obojętniejsza. Bo o czym byłoby dyskutować, gdyby ukochany, ukochana obdarzał/a zainteresowanego tym samym uczuciem od pierwszego spojrzenia. Rozmowy o szczęściu nie są tak ekscytujące, jak o porażce. To strach przed nią pobudza tęsknotę, zabiera sen, uwalnia z piersi westchnienia i sprawia, że się cierpi, cierpi rozkosznie. Serce tłucze się w piersi, dłonie spocone latają niczym w febrze, apetyt ucieka w niebyt, w niektórych nieszczęśnikach budzi się nawet poeta ku przerażeniu Literatury.

            Wokulski ciągot do tworzenia wierszy nie poczuł, ale stał się zabobonny, mimo tego, że sam się za to karcił, to szukał znaków, chcąc wywróżyć sobie sławę, bądź szczęście. W tym przypadku wolałby szczęście.

            Kiedy dostał zaproszenie na obiad do Łędzkich, „wystygły kawaler” Rzecki ofuknął go, czym tylko zirytował ofiarę Amora, dlatego instynkt samozachowawczy obudził Rozsądek. Trudno byłoby odmówić Rozsądkowi Wokulskiego, rozsądku, jednak kto by tam słuchał onego, kiedy cichutka i powabna Nadzieja podsycała namiętność.

            Niezrażony uporem niedoszłego kochanka Rozsądek tyranizował go swoim czarnowidztwem:

            „Za pozwoleniem. Od jednego obiadu i jednej wizyty jeszcze bardzo daleko do dłuższej znajomości. Na tysiąc zaś dłuższych znajomości ledwie jedna prowadzi do oświadczyn; na dziesięć oświadczyn – ledwie jedne są przyjęte, a z tych ledwie połowa kończy się małżeństwem. Trzeba więc być zupełnym wariatem, ażeby nawet przy dłuższej znajomości myśleć o małżeństwie, a za którym jest ledwie jedna, a przeciw któremu ze dwadzieścia tysięcy szans… Jasne czy niejasne?”

            Wokulski niepyszny przytaknął. Potem jednak ogarnięty już krótkowzrocznością zakochanego jęknął:

            „ A jeżeli panna Izabela pokocha mnie albo już kocha?…”

            Rozsądek ostro:

            „Naprzód – należałoby wiedzieć, czy panna Izabela może kochać kogokolwiek…

            Wokulski z nadzieją:

            „Alboż nie jest kobietą?”

            Rozsądek cierpliwie ze współczuciem:

            „Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nic i nikogo, prócz swoich przelotnych kaprysów, podobnie i mężczyźni; jest to tak dobra wada, jak głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna.”

            Świetne! Do „Lalki” Prusa trzeba dorosnąć. W liceum nie rozumiałam, dlaczego dorośli zachwycają się tą wielgachną powieścią. Już za samą objętość można było ją znienawidzić, treść wówczas także niezbyt się broniła.

            Tymczasem okazuje się, że jest tam sporo humoru, świetnych metafor, wspaniałych opisów i dowodów na świetne oko obserwatora samego pisarza.

            Czytajmy Lalkę, czytajmy Prusa! Pisarza, który był mistrzem długich zdań, mistrzem stosowania znaków przestankowych, których dzisiaj używa się w bardzo okrojonej ilości. Miał świetne wyczucie i talent gawędziarza, do tego stosował całą paletę barw do pisywania nastroju, ale o tym w innym wpisie.

            Czytajcie nas i komentujcie. Rozmawiajmy o literaturze!

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinby feather