Na surowym korzeniu fragm.

1.

            W czwartym kwartale jesieni, szesnastego dnia listopada, który skończył się po ośmiu godzinach i kilkunastu minutach – do wsi Bławatne – dokładnie tuż po zachodzie, to jest kwadrans przed piątą po południu – przybył jeździec. Czerwona kula słońca zapowiadając nazajutrz przymrozek, zgasła na horyzoncie w momencie, kiedy obcy podjechał do paśnika przy kościele. Gdy z tegoż kościoła przestały dochodzić śpiewy nieszporów; rzeka połknęła ostatni rumiany promień i utonęła w mroku, odbijając w swojej toni granatowe chmury ze wschodu, a z nad szuwar podniosła się gęsta mgła. Przybysz nie zsiadł z konia, mimo że ten łakomie sięgnął po ostatnią kiść siana zwisającą z rozeschniętego drewnianego żłobu. Zerknął z niepokojem na modrzewiowy, zniszczony kościół, stojący przy błotnistej drodze pośród bezlistnych, jakby stalowych pni i gałęzi buków. Potem odwrócił się w prawo i pozwolił, aby droga poprowadziła jego wzrok ku dołowi, tam gdzie poprzez nagie gałęzie leśnych zagonów majaczyły białe chaty usadzone, jak kretowiska wzdłuż jej lewej strony. Mrok zgęstniał. Na przeciwko chałup dostrzegł most, po jego prawej stronie, niewiele oddalona od rzeki stała okazalsza niż inne niebielona chata. Wokół niej czerniła gromada ludzi, którzy wygrażali chałupie pięściami.

            W ostatniej chwili, tuż przed tym jak tłum wylał się przez wąskie drzwi kościoła, jeździec spostrzegł zgarbioną postać, ruszył za nią i nim ludzie gęstą ławą przeszli koło paśnika, nowo przybyły znikł razem ze starcem w lesie, za plecami kościoła. Rozkołysane ich ruchem gałęzie jeszcze nie znieruchomiały, kiedy wójt Gabryś Ochotny dostrzegł rozgniewany tłum przy swojej chałupie. Z niewielkiego wzgórza, na którym stał kościół doskonale widać było całą wieś, co prawda tylko jesienną i zimową porą, bo w inne pory roku ulistnione drzewa zasłaniały większość domostw, ale tego niedzielnego wieczora widok był w sam raz.

            – Ano widzisz Maryś – stęknął do żony, która w milczeniu dreptała koło niego. Ucieszyła się w duchu, że nie została sama w domu, bo co by ona biedna… Zawiązała mocniej odświętną chustkę pod brodą i syknęła:

            – Ano widzę.

 Powietrze pachniało mrozem i dymem z kominów. Schodzili wolno ze wzgórza, trochę marudzili. Stopy zapadały się im w błocie i ślizgały. Szli ostrożnie. Mgła podniosła się już wysoko, z prawej strony drogi, tam gdzie szemrała rzeka wiało wilgocią i chłodem.

            – Siądziesz sobie na urzędzie i takie podziękowanie potem czeka. Co ja winien, że tańcować musiałem jak mnie starosta zagrał.

            Nim Gabrysie (tak na nich wołano we wsi) przeszli przez półokrągły, drewniany most – jeździec pośpiesznie wyrecytował       rozkaz do ucha starca – ten kiwną i drapiąc się po kudłatej głowie splunął.

            – Żydów u nas nie ma, zamieszek nie będzie – powiedział półgłosem.

            – Ale urzędy macie, a lud z urzędów zwala każdego. Widziałem pod chałupą tłum rozgniewany.

            – Sam tłum to tylko masa, ktoś im musi przewodzić.

            – Znajdź zajęcie tym przewodnikom – koń strzygł uszami, niecierpliwił się. Jeździec dostrzegł poprzez gałęzie czarną flagę powiewającą nieopodal, zatkniętą na szczycie dachu stodoły, która stała blisko cmentarza. – Zarazę macie – szepnął – ale nie widzę szpitala.

            – W środku puszczy szpitali nie ma, drzewa na krzyże za to dostatek.

            – W Rozwadowie chłopi rozbroili wojsko austriackie, przejęli z magazynu broń i ruszyli na szaber. Nim powstaną polskie posterunki trzeba inaczej spokój zachować – szarpnął wodzami.

            – Ludzie są głodni, zmęczeni i zdeformowani stąd ten gniew. Usłyszeli, że nastała wolność więc robią co chcą.

            – Masz ich powstrzymać!

            Dźgnął konia ostrogami i pogalopował z powrotem. Minął paśnik i kościół. Nie słyszał krzyków spod chałupy wójta, zresztą nawet gdyby je usłyszał i tak by nie zwolnił. Inną miał misję przed sobą.

            Szesnasty listopad roku tysiąc dziewięćset osiemnastego skończył się niewielkimi utarczkami. Kilka wyjątkowo wściekłych kobiet na czele z trzema braćmi Baryłami, którzy co tylko wrócili z wojny, chciało by wójt oddał urząd. Gabryś nie zamierzał się im przeciwstawiać. Obiecał, że jutro zda wszystkie dokumenty. Kazał im wybrać nowego wójta, ale odłożyli to na drugi dzień, bo kobiety się zniecierpliwiły. Czas był już najwyższy na gotowanie kolacji i dojenie krów, nie mogły mitrężyć go na utarczki słowne.

            Lato tego roku było słoneczne, parne i burzowe. Pogoda sprzyjała koceniu się mysz i szczurów. Lęgły się w każdym zakamarku stodół, w gnoju pod parującymi gównami zalanymi gnojówką, na strychach, w piachu i na łąkach, w drewutniach, w stajniach, wokół domów. Biegały po grządkach, pomiędzy zagonami, pchały się do domów. Samo utrapienie. Lipcowy upał ugotował ziemniaki w ziemi. A zasiany wiosną len i konopie zabił grad. Bóg nie pobłogosławił tego lata królewskiej wsi, która od roku tysiąc pięćset sześćdziesiątego szóstego tkwiła na tym samym wzniesieniu pośród moczarów i bagien. Schowana w ciemnej Puszczy stała się doskonałą kryjówką dla banitów i dezerterów, którym żandarmeria austriacka popędziła bobu. Pomimo świetnych map wojsko c.k. nie zapędziło się ani raz do Bławatów – wsi nazywanej w chłopskim żargonie wsią zbójecką. Nie prowadził, bowiem do niej żaden bity gościniec, tylko leśne ścieżki szybko zarastające ostręgą i samosiejkami. Trzeba było nie lada pamięci i dobrej głowy żeby wiedzieć, która ścieżka jest bezpieczna w danej porze roku. Wiele z nich stawało się na wiosnę i późną, deszczową jesienią strumieniami lub bagnistymi rozlewiskami. Łatwo było popaść w rozpacz bez pradawnej wiedzy, którą lud tutaj osiadły piastował niczym wiarę chrześcijańską. Wieś leżała w Zachodniej Galicji w widłach dwóch potężnych rzek: Wisły i Sanu. Przepływała przez nią rzeka Miła, która miała swoje źródło w środku Puszczy. Jej koryto miało rdzawy kolor, dlatego i sama jej woda często przypominała swoją barwą kasztany.

            Szesnasty listopada przyniósł wiadomość o odzyskaniu niepodległości przez Polskę, jednak we wsi Bławatne tylko kilka osób bardziej światłych potrafiło docenić wagę tej informacji. Nim ludzie pochowali się w chałupach, a krowy przestały muczeć, do maleńkiej izby przytulonej do kościoła zapukał Dziad. Ksiądz od razu rozpoznał to pukanie i cichutko otworzył drzwi. Mdła smuga lampy naftowej wypłynęła na próg, ale szybko zgasła, bo ksiądz zamknął drzwi. Radzili kwadrans po czym smuga znowu wyskoczyła na ziemię oświetlając odciski butów na błocie, drzwi skrzypnęły i już się nie otworzyły tego wieczoru. Większość chłopskich rodzin martwiła się zarazą wyludniającą zagrody. Przy błotnistej drodze, którą obserwował przyjezdny, już sześć domów stało zamkniętych na amen, bo ich mieszkańcy poumierali. W komorach było pusto, zima zapowiadała się ostra, bo konie i woły porastały grubą sierścią. Z czego było się cieszyć. Na to wszystko parobki powracali z wojska razem z bronią, chłystki jedne tylko strzelać chcieli. Dobrze, że dzięki Puszczy dzika demobilizacja ominęła schowaną między bagnami wieś, że hordy cwanych, pijanych młodzieńców nie przetoczyły się przez schludne zagrody i białe chatki. Oni trzymali się żelaznej kolei, jednak zarazy nikt nie powstrzymał. Rozszalała się bardziej niż wojna.

2.

            W poniedziałek siedemnastego listopada pierwszy Irkę zauważył Edziu. Ucieszył się, bo nieobecność siostry podczas śniadania bardzo go zaniepokoiła. Patrzył, jak przedzierała się przez rój much. Bzyczały natrętnie, oblepiały dziurki w nosie, wpadały do ust. Trupy leżały kupą na wozie. Wóz zaprzęgnięto w jednego konia. Koń stał spokojnie, obojętnie gapił się przed siebie. Irka przebiegła koło woźnicy, skinęła mu i starała się wetrzeć smarka w wełniany, wilgotny rękaw.

            Młodzi, najjędrniejsi umierali brzydko. Dusili się krwawymi wymiocinami. Konali na mokrej słomie wśród psującej się krwi.

            Siedemnasty listopad migał słonecznymi promieniami, olśniewał błękitnym niebem, połyskiwał szronem, który skapywał z giętkich gałązek bezlistnych wierzb. Olśniewał błękitem wyuzdanym, gorszącym. Porażał pięknem, które eksponowało się nad cuchnącą trupim jadem ziemią.

            U progu tego dnia Irka Zapłotna starała się wetrzeć nieszczęsnego smarka między grupy, wełniany ścieg baraniego swetra, gdy spostrzegła idących mężczyzn. Będzie awantura, pomyślała. Franek, księgowy też musiał ich zauważyć, bo cofnął się do sklepu, mimo, że zamierzał przejść na drugą stronę ulicy do Irki. Za to szynkarz Edziu nie ruszył się z miejsca. Gryzł wiklinowy badylek, niedbale opierał się o nagrzany słońcem róg obdartego szynku i czekał. Z pozoru był opanowany i spokojny, jednak w głowie miał burzę z piorunami. Przypomniał sobie, że nie schował ostatniej butelki Siwuchy do skrytki pod schodami.

            Gdy bracia Baryły zatrzymali się na środku błotnistej ulicy, państwo Kępscy wsiedli do niewielkiej łódki u podnóża góry Czarnej. Słońce zamigotało na tafli rudej wody, a pani Kępska westchnęła:

            – Jesteś pewien, że dobrze robimy? – zerknęła na niewielki, drewniany dom z dymiącym jeszcze kominem i zrobiło się jej go żal.

            – Nie – mruknął Kępski i zajrzał do bębenka Nagata – ale, jak trzeba, to trzeba – zamknął go z trzaskiem. Rzucił niedopałek do wody i mocno chwycił wiosła. Nurt porwał peta  i poprowadził do wioski Bławaty, przepłynął Irce za plecami, minął śliczną kuźnię, potem szopę z napisem: wyrób trumien. W końcu utknął między sitowiem.

            Zgarbiony ksiądz Józef podszedł do Irki. Spojrzał na nią ze współczuciem.

            – Nie wrócił? – zapytał chcąc złapać jej spojrzenie.

            – Ślubu nie będzie – zaszlochała patrząc na braci Baryły, którzy nieco zdezorientowani stali na środku głównej drogi i się wahali. Obok nich jak przyszywany chwiał się na chudych nogach Karol Zlasu, widać przyszły wójt.

            – Nie przekreślaj go, przecież on dla nas, dla naszego dobra tam poszedł – ksiądz urwał bo Gabryś Ochotny wyszedł naprzeciwko braciom i Karolowi. Miał czerwoną twarz i zapuchnięte, maleńkie oczka. Zakasane do łokci rękawy i dłonie zaciśnięte w potężne pięści. Gabryś był chłopem wielkim. Mierzył prawie dwa metry wysokości, szerokości nikt nie znał, ale jednym okiem tylko, kiedy drugie, kto przymknął, postaci jego objąć nie potrafił. Szedł wolno. Posapywał z emocji. Zły trochę na siebie, że robotę zostawił, a zastąpić go nie miał kto. Gdzie to tak, pomyślał, trumnę w połowie zrobioną porzucić. W prawej, wielkiej dłoni dźwigał dokumenty obłożone brązową skórzaną okładką.

            Kiedy Gabryś oparł potężne dłonie razem z dokumentami na równie potężnych biodrach, karzeł Jacek przetarł oczy. Poprzedniego wieczoru wcisnął się w kąt przy bocznej ścianie sklepu, do którego uciekł księgowy, a ścianę Edkowego „Handelku” i tam przespał noc. Ostrożnie wysunął głowę zza beczki. Zrobił to akurat w momencie, gdy Baryły zatrzymali się naprzeciwko Gabrysia. Włosy uniosły mu beret na głowie.

            Zerwał się z ziemi i pognał do Fredka.

            Fredek Kęsek tutejszy komisarz dokładnie na początku wojny został skierowany do Bławatów. Po sześciu latach służby w wojsku austro-węgierskim i błyskawicznie rozwijającej się kariery został wcielony do żandarmerii i bardzo szybko usunięty z pola widzenia. W dokumentach zanotowano, że z powodów politycznych przymusowo opuścił krakowski sztab  i osiadł na mniej eksponowanym stanowisku, czyli w środku Puszczy, gdzie miał rozkaz pilnować porządku. Uzbrojono go w karabin M 1890 z bagnetem i szablę, po czym odprawiono z odręcznie narysowaną mapą, na której jedynym punktem orientacyjnym była kapliczka świętej Rozalii, oczywiście nie podpisana i obrośnięta bluszczem. Cud sprawił, że dotarł żywy do miejsca docelowego, żywy choć brudny i wycieńczony.

            Siedemnastego listopada powinien, jak każdego dnia siedzieć na komisariacie w białej koszuli ciasno zapiętej pod szyją za biurkiem i czekać. Każdego dnia tak robił, ale nie dzisiaj. Dzisiaj, mimo że dochodziła już dziewiąta, słońce świeciło zbyt jasno (jak na listopad), szron bielił się przyjemnie na ziemi i krzaczkach, a ptaki śpiewały głośnie niż zwykle, to komisarza nie było.

            – Ktoś wrzeszczy pod drzwiami – szepnął Fredek przytulając rozgrzane ciało uroczej Fifii. Z satysfakcją słuchał jej przyspieszonego bicia serca i cichego pojękiwania. Oddychali,  co tylko zakończonym aktem, a drzwi na dole trzeszczały od uderzeń.

            – Muszę wstać – pocałował mięsiste usta dziewczyny i zbladł.

            – Co ci jest? – przestraszyła się.

            Oczy miła wspaniale niebieskie, teraz nabrzmiały jej pod powiekami. Ależ piękna z tym wytrzeszczem, pomyślał Fredek, ale zaraz skrzywił się i pozieleniał.

            – Rety – sapnął – będę rzygał.

            Fifii wyskoczyła z łóżka. Błyskawicznie naciągnęła ciemne pończochy, wsunęła wąska spódniczkę i zarzuciła na chude ramiona białą bluzkę. Szczupłe palce migały niczym brylanciki w słońcu, kiedy zapinała sznurek guziczków.

            – Co się boisz – mruknął komisarz. Otarł pot z czoła – to wszystkich czeka, tak mówiłaś wczoraj.

            Popatrzyli sobie w oczy. Fredek, brunet o surowym spojrzeniu przypadł jej do serca, bo ona bardzo potrzebowała kogoś, kto by się na nią srożył. Co z tego, skarciła siebie w myślach, skoro on już jedną nogą w grobie.

            – Nie na poważnie – syknęła.

            Wybiegła zbyt szybko, bo na schodach, o mało nie stratowała karła i gdyby nie refleks (odziedziczony po tatusiu gangsterze) runęłaby w dół na szczupaka, bo karzeł też obdarzony refleksem zrobił błyskawiczny unik. Fifii uczepiona zbielałymi palcami poręczy z urazą spojrzała na karła i na tym zakończyło się ich pierwsze spotkanie.

            Na górze u Fredka zostawiła otwarte drzwi. Po chwili stanął w nich karzeł.

            – Pan się ubiera – powiedział i pozbierał z podłogi ciuchy – szykuje się awantura – ostrożnie by nie spadły ulokował je w rogu łóżka.

            – Złapałem to francostwo – szepnął Ferdek.

            – Uszy jeszcze panu nie sinieją – powiedział szybko – trzeba iść bo łby sobie urwą.

            Karzeł Jacek poczuł, że sztywnieją mu mięśnie twarzy. Zawsze tak robiły, kiedy się bał. Nie kołatało mu serce, nie zasychało w gardle, tylko cierpły mu policzki. I nie przeszkadzało im w cierpnięciu nawet to, ze były nieogolone. Cierpły i już. A, kiedy cierpły to trudno mu było mówić.

            – Kto? Jeśli nie Kępski nie ma strachu – wysapał komisarz.

            – Nie Kępski, ale Baryły.

            – Wrócili?

            – Wczoraj i zaraz do awantury się zabrali. Kępski podobno broń na kołu powiesił.

            – Ciekawe – mruknął Fredek i spojrzał na Jacka. Równocześnie starał się trafić dłonią w rękaw koszuli, ale trzęsące się palce nie chciały go słuchać. Po kilku próbach rzucił ją na podłogę.

            – Pomóż mi – wskazał szarą marynarkę. Zakaszlał. Na dłoni zobaczył krwawą pianę.

            – To nic – powiedział karzeł naciągając mu rękaw na ramię – nie każdy umiera.

            Po czym odwrócił się plecami. Nie potrafił mu spojrzeć w oczy. Żal chłopa i już.

                                                                       ***

            Irka przestała chlipać i spojrzała na ulicę. Trzech braci o rudych sterczących czuprynach gapiło się na postawnego Gabrysia Ochotnego. Karol schowany za plecami największego z braci obgryzał paznokcie. Gabryś gapił się na Baryły.

            – Głupcy! – wrzasnęła Irka, ksiądz złapał ją za łokieć, lecz niezbyt mocno, bo się wyrwała. Pobiegła na drogę. Sztywne garby z błota, dzięki przymrozkowi, pokrywały całą drogę. Potknęła się o jeden z nich, ale złapała równowagę. – Umieramy – powiedziała wzburzona – a wy się bić chcecie? – opluła sobie dolną wargę. Szybko wytarła ślinę, ale i tak zauważyli.

            Bracia równocześnie łypnęli niebieskimi oczami. Gabryś zniecierpliwił się.

            – Urząd tylko chciałem zdać – odchrząknął i bezradnie spojrzał na Baryły, ci jakby się zawahali, ale Karol błyskawicznie wyrósł przed Ochotnym.

            – Bardzo dziękuję panie wójcie – gorliwie potrząsnął jego wielką dłonią – poproszę o dokumenty – wyszczerzył czarne zęby w uśmiechu.

            Gabryś przyjrzał się mu ze wstrętem. Szybko się uwinęli z tymi wyborami, pomyślał strapiony i z mieszanymi uczuciami podał Karolowi papiery. Ten pochwycił je niecierpliwie  jakby się obawiał, ze mu uciekną i uchylając kapelusza, oddalił się truchtem od zebranych. Skinął Baryłom, uśmiechem dziękując za ochronę i zniknął za zakrętem. Ochotny odprowadził go wzrokiem, czuł wyrzuty sumienia. Nie był pewien czy dobrze zrobił, zastanawiał się jak zareaguje starosta, skoro się dowie, że zdezerterował ze swojego stanowiska.

            – Te, Gabryś – splunął najgrubszy Baryła – kręci ci się teraz interes, co? – Wyzywająco spojrzał mu w oczy. Ochotnego aż wielka dłoń zaswędziała. Zrobiła to specyficznie, tak jakby sama wiedziała jak należy na tę obelgę zareagować.

            – Grosza za trumny nie biorę – warknął i podrapał lewym wskazującym palcem wewnętrzną stronę mięsistej prawicy, dając jeszcze szansę szczeniakowi.

            – Ale robotę masz! – nie ustępował.

            – Palnę ci w łeb – zdecydował Gabryś i poczuł zadowolenie, za które zaraz się zganił wewnętrznie, ale pięść wyprowadził w kierunku nalanej, czerwonej twarzy Baryły.

            – Spokój! – usłyszeli głos komisarza.

            – Jakie licho tego tutaj przyniosło – burknął zawiedziony Ochotny i pięść sprowadził z powrotem do dużej kieszeni.

            – Rozejść się – zawołał Fredek. Stał za plecami braci Baryłów. Opierał się na karle, pot ciekł mu po twarzy.

            Bracia obejrzeli się za siebie.

            – I do ciebie my się też wybierali – pisnął najmłodszy ten z kręconymi włosami – tylko, że my nie zdążyli tak od razu – urwał pod wpływem karcącego spojrzenia grubego – no, co? – jęknął urażony.

            – Już jakby cię nie było – powiedział najgrubszy patrząc na komisarza – co nam zrobisz?

            Średni brat, drugi w kolejności rodzenia się milczał. Nikt nigdy nie słyszał, żeby mówił. Niektórzy twierdzili nawet, że jest niemową, ale bracia tego nigdy nie potwierdzili. Za to chętnie się bił, można by nawet rzec, że bił się z nawiązką, jakby rekompensując sobie i innym wszystkie te słowa, których nigdy nie wypowiedział.

            – Władza jest władza! – wydyszał karzeł tracąc siły.

            Nim skończył mówić ktoś pociągnął za spust. Wystrzał przetoczył się po niebie, niczym grzmot wróżący zmianę pogody i utonął pomiędzy zebranymi. Gdy huk umilkł i nikt się nie przewrócił, Gabryś delikatnie przekręcił głowę w prawo, kątem oka dostrzegł Kępskiego z dymiącą bronią. Jeszcze tego tutaj brakowało, pomyślał, spotkanie szumowin.

            Kępski trudnił się przemytem angażując do pomocy prawie całą wieś. Zatrudniał Baryły do mokrej roboty, księgowego do roboty papierkowej i podobno nawet ludzi wilków, którzy mieli osadę bardzo głęboko w Puszczy, ale temu nikt nie dawał wiary. Kępski dobrze strzelał, nigdy nie chybiał i doskonale potrafił ukryć się w lesie, ani raz nie stracił towaru. Nie licząc oczywiście okowity, którą musiał odżałować dla objeżdżyków, którzy pilnowali granicy z Królestwem Polskim, ale taka strata to nie strata.

            Szynkarz Edziu przestał rzuć badylek i odkleił się od ściany. Lubił Kępińskiego. Księgowy spostrzegł, że ma mokre nogawki. Mimo to wyszedł ze sklepu. Bezszelestnie zamknął za sobą drzwi i przycupnął koło zebranych.

            – Sen miałem – powiedział Kępiński bawiąc się bronią – kiedy spałem – odchrząknął – właściwie to jawa była, nie spałem.

            Bracia baryły zachichotali, ale zaraz umilkli, kiedy w nich wycelował.

            – Toś spał czy nie spał? – zniecierpliwił się Gabryś ściągając lufę na siebie.

            – Nie spałem, jakoś nie mogłem, przewracałem się po posłaniu, Mania prześcielała mi muflony ze dwa razy.

            – Na muflonach śpi, taki pan! – krzyknął karzeł. Cały czas starał się utrzymać komisarza w pionie. Jednak było to coraz trudniejsze, bo nogi Fredka gięły się w kolanach a on sam stracił już przytomność, jego kształtna schludnie ogolona głowa zwisła mu na pierś.

            – Miśku – szturchnęła Kępskiego młoda pani Kępska. Ten zaczerwienił się po nasadę szpakowatej grzywki, ciemny zarost nie ukrył jaskrawego rumieńca, jednak całkowicie zdradziły go uszy, które zapłonęły na kolor rubinowy niczym samotne morskie latarnie.

            – Mów! Chcę usłyszeć – wydyszał karzeł.

            – Zjawa do mnie przyszła.

            Baryły ryknęli śmiechem.

            – Bo wam uszy odstrzelę! – Umilkli, ale chichotali nadal tyle, że cichutko, zdradzały to ich szerokie ramiona, które ciągle się trzęsły. – Ileż wstydu człowiek musi się najeść nim powie z czym przyszedł – mruknął Kępski. Mimo woli spojrzał w twarz swojej żony. Jej obecność dodała mu otuchy. Jasno włosa, z potarganymi zaplecionymi lokami jaśniała w mroźnym poranku. Słońce ślizgało się po jej płowych włosach i migotało, uwięzione w czarnych rzęsach. Była w dziewiątym miesiącu ciąży. Lubił na nią patrzeć. Po sekundzie otrząsnął się, z twarzy zniknął mu spokój. – Zjawa miała kaptur szkarłatny i długą pelerynę – kontynuował – smród od niej walił jak z chlewu świńskiego. Zimno szczypało po gębie, a w brzuchu zamarzły mi flaki. Nie widziałem jej gęby, ale mi się zdaje, że coś strasznego kryło się pod kapturem, bo sapało, to, to niby tur w ziemie. W końcu wymamrotało: postawcie cztery dwumetrowe krzyże na czterech krańcach wsi, potem jedną czerwoną, ciągłą nicią połącznie te krzyże. Jeśli uda się wam to zrobić między dwoma wschodami słońca, zaraza minie.

            Bracia Baryły przestali się śmiać. Karzeł runął na ulicę przywalony żandarmem. Szynkarz Edziu wszedł do obskurnego budynku z szyldem: „Handelek” i wyszedł z niego po chwili niosąc spirytus zabarwiony karmelem i jedną szklankę. Nalał i podał Kępskiemu.

            – Nie ma, co czekać, bierzmy się do roboty – rzekł nalewając kolejno Gabrysiowi i Baryłom.

            – Masz przecie lepszą – oburzył się najgrubszy z braci.

            – Tamtą wypijemy jeśli się uda.

            – Czekajcie – położyła dłoń na szklance Irka – czy to coś było dobre?

            – Kto je tam wie – odpowiedział Kępski.

            – Co komu szkodzi, żeby posłuchać – wszedł mu w słowo Edziu łykając porcję wódki – czart i tak żniwo zbiera, nie nam dochodzić, który diabeł gorszy.

            – Zły czy nie, jeśli od zguby ocali, będzie dobrze – orzekł księgowy, który chyłkiem przybliżył się do zebranych.

            – W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – ksiądz zrobił palcem krzyż  w powietrzu.

            – I tyle?! – zezłościła się Irka – jeden już poszedł w puszcze, a teraz mają iść oni, i ksiądz ich nie zatrzyma?

            – Idźcie z Bogiem – szepnął franciszkanin.

            – Mnie zastanawia ta plugowatość zjawy, przecież dobra, pełna chwały dusza powinna być piękna – nie ustępowała Irka.

            – Tylko kto by jej wtedy posłuchał – szepnął Edek. Irka rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

            – Nie idźcie, Gronek wróci, lek przywiezie – powiedziała płaczliwie.

            – Panienka Irka widzi mi się, że nie zna legendy – wtrącił się karzeł. Edek przewrócił oczami.

            – Może i nie zna! – prychnęła dziewczyna.

            – Z Dziadem Gronek mógł się nie dogadać – przełknął swoją porcję i wyciągnął

szklankę po dolewkę. – Dziad to istota inna niż my, bo przekleństwo syna nosi w sobie i rozpacz

 jego na siebie przyjął. Pokutuje i od tego oszalał. Z widziadłami gada. Mówią, że dzisiejszego dnia już nie rozróżnia – wypił kolejną porcję i oddał szklankę Edkowi – ja bym na Gronka nie czekał, może on i dobry lekarz, ale nie zawsze nauka da radę. Ruszajmy, bo doba krótka!