Śliwki

                                                                                                                         

            – Chodźmy na śliwki! – krzyknęła któraś z nich, tych długonogich i długowłosych kobiet. Na pewno była to kobieta. W oddali zabrzmiał damski głos. Jako odpowiedź usłyszałem dudniące uderzenia bosych pięt o drewniany mostek. Chichotały, jak podpite ulicznice.

            Zaszeleściły liście uderzone ciepłem oddechów, zakołysały się gałęzie, te odepchnięte opalonymi ramionami. Kołysały się w przód i w tył rozganiając zapach kobiecych ciał.  A zapach ten to pomieszanie konwalii i bzu z odrobiną woni niemowlęcia, zapach, który doleciał do mnie, mimo że stałem dobrze ukryty pomiędzy brzozami. Dotarł do mnie, bo zawisł na moment między drzewami, w miejscu, gdzie ich piersi otarły się o unerwione części blaszek liści, zbyt krótką jednak chwilę tam trwał, bym mógł do woli się nimi nacieszyć.

            Było ich sześć, wszystkie mieszkały tutaj niedaleko, prawie dom, w dom. Dochodziła dziewiąta wieczorem, zmierzch zagęścił powietrze, rozsypując maleńkie ziarenka czarnego pieprzu. Powietrze pachniało sianem i wilgotną ziemią. Kiedy doszedłem na miejsce, usłyszałem śmiech, potem grad spadających owoców, któremu wtórował kolejny wybuch śmiechu. Sad był opuszczony, ogrodzenie z żerdzi dawno wchłonęła ziemia i błoto, pnie zaniedbanych drzew podpierały się na własnych gałęziach, które wrosły w podłoże.

            Wyjrzałem zza krzaka; kobiety zachłannie zbierały owoce, bosymi stopami rozgniatały te mniej atrakcyjne, ślizgały się na nich i przewracały, co wywoływało kolejne salwy śmiechu. Lekkie koszule falowały pod wpływem ich ruchów, zsuwały się z ramion, poszerzały dekolty. Niewpuszczone w spódnice poły materiału, kiedy się schylały spływały na twarze, odsłaniając fałdki tłuszczu i skóry, naciągniętej podczas ciąż. To jednak nie one – pomyślałem, te najmłodsze, najczerwieńsze. Ale stałem jak, zahipnotyzowany.

            Wilgotnymi wargami oblizywały palce, sok ciekł im po szerokich nadgarstkach, natrafiał na zgrubienia z naprężonych żył pod młodą jeszcze skórą. Mokrymi, klejącymi się dłońmi odgarniały włosy z twarzy i łaskoczące po szyi kosmyki. Ich oczy, utopione wśród rzęs z kurzych pazurków pałały radością tak rześką i młodzieńczą, że poczułem, jak ślina zbiera mi się w ustach.

            Nagle jedna z nich rozgniotła dwie garści śliwek trzymanych w dłoniach. Śliska galaretka wypłynęła jej między kreskami palców. Uniosła je do góry wśród krzyków i piania z uciechy, sok lał się jej po łokciach, a kiedy dotarł do zagłębień pod pachami, przytuliła łokcie do tułowia i szybkim ruchem roztarła słodką miazgę na twarzy rudej z pierzastą fryzurą. Ryknęły śmiechem, inne poszły w jej ślad. Oszalały – pomyślałem i wbiłem zęby w dolną wargę.

            Znałem je z widzenia. Tak jak większość mieszkańców wioski. Przybyłem tutaj z ojcem pod wpływem impulsu, który go poderwał pewnej nocy z posłania. Dzięki niemu zakończyliśmy koczownicze życie pasterzy koni. To było dwadzieścia lat temu.

            Kobiety wśród dzikich okrzyków tarzały się teraz w owocowym błocie, piszczały przy tym i wierzgały nogami. Nawet ta z krótkimi, lnianymi włosami. Zwykle poważna. Melancholiczka. Uśmiechała się tylko jasno i radośnie do dwójki własnych dzieciaków, nawet ona śmiała się tak bardzo, że jej wijące się ciało przypominało pulchny racuch podskakujący na tłuszczu. Obok niej próbowała się podnieść, ale co się ruszyła, to od nowa lądowała w grzęzawisku, Cześka od tego z Warszawy. Bardzo dystyngowana, małomówna, zawsze na wysokich obcasach i nieprzystępna.

            Rozpoznałem jeszcze Hankę, która z trudem się poruszała, bo była w dziewiątym miesiącu, mimo to tupała grubą nogą, rozpryskując sok i pluła pestkami. Przestawała się śmiać tylko w momencie silnego kaszlu, który nagle rozrywał jej piersi. Uderzała się wówczas spuchniętą pięścią w klatkę piersiową, chwilę ciężko oddychała, po czym chichotała dalej.

            Jednej przyjrzałem się dłużej. Tę znałem mało, widziałem jej twarz raz albo dwa. Najmłodsza z nich, stałą w cieniu. Miała długą szyję i szklące się, pełne gorączki oczy.

            – Do wody – wrzasnęła Cześka. – Kąpiel! – ryknęły w odpowiedzi kobiety. Nim usłyszałem pluśnięcia, widziałem białe sylwetki zrzucające brudne łachy. Księżyc srebrzył ich twarze i sylwetki. Nagle zwolniły. Poczuły się senne, rozleniwione. Jak w niedzielne popołudnie, po obiedzie. Gdy zanurzyły się w wodzie, śmiech ucichł. Rysy im stężały. Mięśnie stwardniały. Wychodząc nagie, nie śmiały się.

            – A potem dziewczyno – zawołała ruda dziwnie brzmiącym wysokim głosem – tylko życie – spojrzała na bladą twarz dziewczyny z długą szyją –  i paznokcie zdarte do opuszków.

            – Zboczeniec! – krzyknęła Cześka i dała nura w moją stronę. Ruszyłem pędem na oślep, w duchu dziękując Bogu, że znam las doskonale, więc nie zginę. Wrzaski po chwili ucichły, widocznie zaniechały pogoni. Zatrzymałem się, chcąc odzyskać oddech i tedy się zaczęło!

            Najpierw dostałem z pięści w nos. Poczułem, jak krew zalewa mi usta, potem ktoś uderzył mnie w tył głowy, wówczas upadłem na kolana, w ostatniej chwili podpierając się na dłoniach. Zanim się otrząsnąłem, zaniepokoił mnie bezruch.

            – Znam go – czyjś głos spłynął na mnie niczym snop światła. – Widziałam go w mieście. – Podniosłem głowę. Ziemia jeszcze wirowała mi pod nogami, ale powoli mogłem rozróżnić kształty. Mówiła ta, co stała w cieniu. Tej prawie nie znałem. Wówczas spostrzegłem, że są całkiem pijane. W oparach dziwnej woni jakiegoś egzotycznego alkoholu, kręciły mokrymi głowami, jakby słyszały muzykę. W samych koszulach, z bosymi stopami o brudnych palcach umazanych mułem wyglądały jak wyznawcy Esusa z książkowych ilustracji. Mieli zwyczaj składać mu ofiary z ludzi, wieszali je, a potem przecinali mieczem. Cześka splunęła mi pod nogi. Wzdrygnąłem się.

            – Ja bym go zaciupała – warknęła. Z trudem przełknąłem ślinę.

            – Nie zgadzam się na żaden zgon – zawołała melancholiczka. Chichocząc, próbowała ustać w jednym miejscu. – To wieczór panieński, a nie jakieś halołyn!

            – To, co z nim zrobimy? –  sapnęła Hanka, siadając na zwalonym pniu.

            – Przyrżnę mu – krzyknęła Cześka, wyraźnie coś do mnie miała – pozwólcie – prosiła, kiedy ta z cienia powtrzymała ją mocnym chwytem za przegub.

            – Kim ty właściwie jesteś? – zwróciła się do mnie. Wzruszyłem ramionami, nie wiedziałem, co powiedzieć.

            – Lubię patrzeć, jak chmury płyną po niebie – wyznałem, zaskakując samego siebie.

            – Obibok! – wrzasnęła Cześka, pozwalając żeby krople piany otrzaskały jej brodę.

            – Zostawmy go. – Szybko spojrzałem w kierunku, skąd przyszedł ratunek. Dziwne, że do tej pory nie zwróciłem na nią uwagi. Znałem ją doskonale. Zdawało mi się kiedyś, że ją kochałem. Miała wtedy czternaście lat, a ja szesnaście. Do dzisiaj pamiętam jej ciepłe ciało przytulone do mojego, a potem przerażenie, kiedy wsunąłem dłoń pod bluzkę i dotknąłem maleńkiej piersi i wstrząsnął nią dreszcz. W jej oczach dostrzegłem szaleństwo, jakby zobaczyła ducha i ten krzyk. Aż mi jelita podeszły do gardła. Odepchnęła mnie i uciekła.

            – Jest niegroźny – powiedziała podchodząc bliżej. Nie patrząc mi w oczy wzięła mnie pod ramiona. Ciągle miała ciepłą, miękką skórę. – On hoduje gołębie i róże – chwiałem się na nogach, więc objęła mnie wpół – pomogę mu wrócić do domu – szepnęła, ruchem głowy odrzucając na prawo złociste loki, kilka pasm spadło mi na policzek. Nie odsunąłem twarzy.

            Droga prowadziła przez las. Mieszkałem na odludziu. Piasek był biały i miękki. Nasze sandały zapadały się w nim po kostki, drobne ziarenka wciskały się między palce. Łaskotały. Początkowo czuliśmy się niezręcznie. Wsłuchiwaliśmy się nawzajem w swoje oddechy. Ona ciągle mnie obejmowała, ja starałem się iść samodzielnie, ale nie za bardzo, żeby nie zranić jej uczuć.  Stopy coraz głębiej się nam zapadały. Piasku, jakby przybywało, droga zaczęła piąć się pod górę. A ziarenka coraz mocniej łaskotały w stopy i spocone palce, oblepiały kostki, przesypywały się nad podeszwą. Co kilka kroków starałem się wysypać je z sandała potrząsając stopą, robiłem to gwałtownie, jakbym chciał te krnąbrne ziarenka zaskoczyć.

            Ona pierwsza zaczęła chichotać. Przy kolejnym takim moim ruchu śmiała się już głośno. Zaraziła mnie. Po chwili staliśmy zgięci w pół, nie mogąc opanować wesołości. Czułem łzy w kącikach oczu i przytykanie w piersiach. Ten śmiech rodził się w brzuchu i łaskocząc jelita wskakiwał do gardła. Opieraliśmy się o siebie, traciliśmy równowagę, spadaliśmy na kolana i wspinając się po sobie wracaliśmy do point. Tylko po to, by kolejny wybuch ściągnął nas do kucek.

            Przestaliśmy nagle.

            Czasem mi się to zdarza. Mam wówczas wrażenie, że szum drzew, powiew wiatru i poruszające się wysokie trawy tworzą muzykę. Cichą melodię drgającą w uchu, jakby ktoś szeptem nucił piosenkę. I spojrzałem na nią w takiej scenerii: dookoła noc, pod stopami biały piach, muzyka i loki na jej czole, szyi, wijące się po ramionach.

            – Musiałam spróbować życia, gdzie indziej – szepnęła patrząc mi w oczy.

            – No i?

            – Już nie chcę.

            – I tyle? – Kiwnęła głową.

            Przeczesałem palcami włosy. Miałem spocone czoło. Muzyka ciągle płynęła wokół mnie. – Zatańczysz? – Podała mi dłoń.