Szabrownicy

               Nim zmierzch na dobre zagęścił powietrze, zaczęło sypać. Pierwszy śnieg miał wielkie płatki i dziwacznie wyglądał, kiedy miękko opadał na zieloną trawę, z której jesień jeszcze nie zdążyła zedrzeć koloru.

            Płatki falowały za oknem, choinka stała w kącie izby. Ubrana w orzechy i jabłka. Pachniała lasem. Lampa naftowa skąpo oświetlała biały stół. Pozwalała wypełznąć cieniom z kątów.

Ojciec nie wracał. Matka nie płakała. Po godzinie stania w oknie podeszła do wieszaka, założyła owczy kożuszek, westchnęła i zajęta ubieraniem długich butów, nie zauważyła, że ją obserwowałem. Przestraszyłem się naprawdę, kiedy przypięła ostrogi.

– Mówiłaś, że ostrogi to zło – powiedziałem. Nie spojrzała mi w oczy.

– Jeśli nie wrócę do czasu, w którym księżyc z czerwonego zmieni się w biały – powiedziała – zabierz siostrę do kryjówki.

– Nie jedź – chciałem się rozbeczeć, złapałem ją za dłoń, miała lodowate palce. Bała się, tak jak ja.  Chciałem się rozbeczeć i zrobiłbym to, gdybym miał pewność, że to coś da, że odwróci los.

– Giedyminie – przytuliła mnie, słyszałem, jak wali jej serce – liczę na ciebie – pocałowała mnie w czoło.

            Wybiegłem za nią na podwórko. Płatki ciągle wirowały, powietrze pachniało mrozem. Zmęczona trawa przebijała spod lepkiego śniegu. Ścierpłem wówczas po raz drugi tego wieczoru, ale nie ostatni raz w życiu. Matka wyprowadziła klacz ojca. Skoro tak zrobiła, znaczyło tylko jedno.

– Jedziesz walczyć – szepnąłem.

            Dosiadła jej. Para falowała wokół nozdrzy kobyły, rozdęte chrapy głośno wciągały powietrze, nie potrafiła ustać w miejscu, zupełnie jakby ziemia ją parzyła. Coś więcej…

– Nerwowa – powiedziała matka i puściła do mnie oko. Trochę się rozluźniłem.

            Tak ją zapamiętałem: z zarumienionymi policzkami, z jasnymi włosami rozsypanymi na plecach, z białymi płatkami na rzęsach.

            Śnieg wtedy miał słony smak. Nigdy wcześniej, ani nigdy później już tak nie smakował. Choć sypał jeszcze wielokrotnie. 

                                              

                                                                       ***

Nim księżyc stał się biały, przyszedł dziadek i wtedy, jak tylko poczułem jego zapach, kiedy stanął w drzwiach, nim odsunąłem się od choinki i spojrzałem mu w oczy przeraziłem się po raz trzeci. Jestem pewien, że na sekundę nim się odezwałem, serce przestało we mnie bić, krew przestała krążyć, zamarłem. Razem ze swoją potężną sylwetką do izby wniósł prócz zapachu koni i mrozu, prócz woni swojej chałupy i mleka, wniósł coś jeszcze.

– Dziadku? – powiedziałem i poczułem, że teraz już się rozpłaczę. To coś niewidoczne, ale obecne otarło się o moje ramiona, dostałem gęsiej skórki i dreszczy. Poczułem, że wślizgnęło się mi do serca. Nie chciałem usłyszeć, po co przyszedł.

– Dziecko  –  miał inny głos niż zwykle, obcy i zimny, przytulił mnie – mama nie żyje.

            I tyle. Cisza. Padły te słowa i potem cisza. Nie rozpłakałem się. Krew we mnie zastygła.

– Gdzie twoja siostra?

– Śpi.

            Miałem wtedy dziesięć, a Eufemia sześć lat.

– Nie budźmy jej jeszcze, a ty chodź ze mną – ścisnął moją dłoń. – Na podwórku stało wielu ludzi. Wszyscy milczeli.

 – Wybacz – dziadek ciągle trzymał moją dłoń – musisz to zobaczyć, bo jesteś jej dziedzicem.

            Mężczyźni wnieśli na podwórko ciało matki. Miała otwarte oczy. I białą skórę. Włosy straciły blask. Mokre lepiły się do zakrzepłej krwi, która zastygła na policzku. W sercu matki tkwiła włócznia. Po chwili wniesiono trupa klaczy. Położyli je przede mną, pochylili głowy, jakbym był im równy wiekiem. Połykałem lodowate powietrze i płatki śniegu. Nie miały już smaku. Muszę jej dotknąć, pomyślałem, muszę sprawdzić czy nieżyje……

– Twój ojciec nas zdradził – szepnął dziadek – poszła na pewną śmierć – zgrzytnął zębami.

– To niemożliwe! – zawołałem. Trząsłem się, łkałem sucho, bez łez, zupełnie, jakbym miał czkawkę.

– Pochowamy je i pójdziemy na wojnę. –  Dziadek oddychał ze świstem. Kiedy na niego spojrzałem, zobaczyłem starego człowieka z ogniem  w oczach, wówczas zrozumiałem, że  od tego płomienia zapali się wiele chat. Ale nie przestraszyłem się bo, mój lęk umarł wraz z matką. Bałem się, jak ona. Każdego wieczoru i ranka baliśmy się straty. Teraz strach znikł.

– Ojciec nigdy by nie… – zabrało mi tchu. Szukałem w pamięci twarzy taty, jego czarnych oczu i spokoju, który tak naprawdę nigdy nie wróżył nic dobrego. Co się stało? Gdzie on jest?!

            Już miałem wykrzyczeć dziadkowi, że jest zdrajcą, ale za naszymi plecami skrzypnęły drzwi, nim zdążyliśmy się odwrócić, moja siostra zrównała się z nami.

– Gdzie mama? – szepnęła.

– Stój! – Chciałem ją pochwycić, zasłonić sobą straszny widok, ale wybiegła wprost na trupy. Zamarła jakby uderzyła głową o szybę. Miś wypadł jej z rączki. Popatrzyła na mnie wielkimi oczami, w których dostrzegłem swoje odbicie.

– Nie chciałem żebyś – głos mi się załamał i nie dokończyłem.

            Stała w samej sukience, bez chustki na głowie, bez kożuszka z rzęsami oblepionymi płatkami śniegu. Białe, miękkie włosy falowały przy każdym jej ruchu. Podeszła do mnie. Wsunęła lodowatą rączkę w moją dłoń i szepnęła:

– Nie mogę znaleźć mamy.

 

Przymknąłem oczy. Pamiętałem, że pewnego dnia, a był to dzień wiosenny, słoneczny i rześki. Taki co zdarza się zaraz po mroźnej zimie, gdy jeszcze placki  czarnej zmarzliny leżą na skraju łąk, a droga pokryta błotnistą mazią zmienia się w grzęzawisko. Takiego dnia, matka zanurzyła dłonie w lodowatym strumieniu, ochlapała mnie wodą i umyła swoją piękną twarz. Roześmiała się głośno i jeszcze raz zanurzyła dłonie, ale inaczej niż wcześniej. Nabrała wodę i pozwoliła strumieniowi przeciec między palcami. Zrobiła to tak, że promienie słońca rozbłysły w kropelkach, które samotne oddzieliły się od strumienia. Nagle zamknęła dłonie w pięści, a kiedy je otworzyła spostrzegłem, że wewnątrz nich połyskiwały diamenty.