Półka osobliwości

            Ta urocza nazwa: półka osobliwości, zaczerpnięta została z niezwykłej książki pt.: „Exlibris. Wyznanie czytelnika” Anne Fadiman. Autorka sprawiła, że niejeden z jej czytelników stworzył swoją półkę osobliwości. Książka jest fantastyczna, choć na razie nie do dostania, niestety. Czytałam jej fragmenty u znajomej, ale nie chciała się jej pozbyć, że bezcenna. Rozumiem ją, ale żeby aż tak (!) Podobno wszystko w życiu ma cenę, ale okazuje się, że niektóre książki akurat jej nie mają.

            Eseje są fantastyczne, zwłaszcza ten o apetycie w ciąży. Pani autorka jadła bez pamięci (zwłaszcza ser żółty i to w nocy) i czytała dosłownie namiętnie. Bo opisywała tak sugestywnie jedzenie tego sera i zagłębianie się w lekturę, że gdybym sera nie lubiła (choć nie jest moim faworytem) to bym zjadła cały zapas z lodówki, ale koleżanka nie miała, może lepiej. Bo ser żółty tłusty i podobno się lubi to tu, to tam  odłożyć.

            Co do tej półki osobliwości…nauczyłam się szybko liter ( nie, że się chwalę, nie miała ta szybkość wpływu na moją późniejszą edukację. Krótko mówiąc orłem nie byłam). Tato mnie nauczył, bo akurat na urlopie się znajdował. Jako trzylatka nie wyobrażałam sobie, żeby tego czasu nie poświęcił mnie. On miał inne plany. Malowanie czy coś tam…całkiem niezrozumiałe dla takiego malucha tym bardziej, że on sam (maluch) nie mógł malować. Dlatego zdesperowany ojciec zaczął zadawać mi pisanie liter. Jakoś się nie burzyłam. Nim malowanie skończył ja znałam wszystkie litery i zaczynałam czytać, ale samej źle mi to szło, więc znowu do taty. Utrapienie. Mama wówczas chodziła do pracy, a w pokoju obok spała moja maleńka siostra.

            Mieszkaliśmy w niewielkim domku. Kuchnia w korytarzu sąsiadowała z dwoma przedpokojami.  Dwa pokoje, jeden nasz (dzieci) drugi rodziców i zarazem gościnny.  Dom był przybudówką do potężnej szklarni. Rodzice z wykształcenia ogrodnicy uprawiali pomidory. Uwielbiałam słuchać deszczu uderzającego o szyby szklarni. Z prawego przedpokoju wychodziło się bezpośrednio pod szklany dach, pachniało tam ziemią i deszczem.

            Rodzice w swoim pokoju/gościnnym mieli biblioteczkę na całą ścianę. Znajdowały się tam głównie książki marynarskie i dla dorosłych. I od nich zaczęłam swoją literacką podróż. Dlatego pomięłam literaturę młodzieżową. Chwilę zatrzymałam się nad Baśniami Andersena, ale że płakać nie lubiłam, pognałam dalej.

            W wieku dziesięciu lat wróciłam wcześniej ze szkoły, bo trafiłam w szpony szkolnego dentysty. Nie, to żeby mnie coś bolało, ale akurat przegląd sobie wymyślił w III „b”. Wypatrzył u mnie dziury jak okna. Śmiałam wątpić w ich rozmiary, ale wyboru nie miałam i na fotelu usiąść musiałam. Nawet mi się rym stworzył, choć w prozie nie jest pożądany, tym bardziej częstochowski, ale wróćmy do tematu. O zgrozooo!

            Wróciłam do domu w południe z trutką w zębie i z tabletką w dłoni, gdyby bolało(!). Nim dotarłam do domu (2 km, autobusy nie jeżdżą do dzisiaj) bolało potężnie, nawet nie miałam okazji pocieszyć się tym zwolnieniem z lekcji. Tabletka była końskich rozmiarów. Musiałam przełamać na cztery części nim połknęłam, ale nim zaczęła działać zeszły całe wieki. Na pewno przybyło mi pięć lat, więc sięgnęłam po „Potop”. Eureka! Zakochałam się w Kmicicu. I tyle, ani Skrzetuski ani pan Wołodyjowski nie mieli już nic do roboty. Może to przez tę tabletkę, ale i ona i „Potop” pozwoliły mi przetrwać konsekwencje pierwszej wizyty u dentysty.

            Kolejne odsłony półki osobliwości niebawem! Zapraszamy serdecznie do czytania, komentowania i bycia z nami!

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinby feather