Warszawie na pomoc…

Fotografia przedstawia Gmach Prudentialu trafiony podczas powstania warszawskiego, pociskiem ciężkiego moździerza. źródło: wikipedia.org.

            1 sierpnia 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie. Wybuchło w różnych częściach miasta o różnych porach. Nie będę pisać tego, co każdy (zainteresowany) wie. Chcę opowiedzieć o tym, co w tamtym czasie działo się w okolicach Kolbuszowej, Nienadówki, Nockowej, Rzeszowa. Choć to tylko maleńka część obecnego woj. podkarpackiego, chcę opowiedzieć o zdarzeniach, które miały wpływ na to, że pomocne oddziały nie dotarły do Warszawy.

            Ze wspomnień osób, które pamiętają wojnę wynika, że oddziały wojskowe z naszych terenów idące na pomoc powstańcom, nie dotarły do nich, bo nie mogły. Już armia radziecka o to zadbała, żeby nie dotarły.

            Urodziłam się w 1976 roku, wojny nie znam ani tego, co ludzie przeżyli. Jednak pamiętam opowieści dziadków, szukam wspomnień. To był tragiczny czas. Powstanie warszawskie wybuchło wbrew wszelkiej logice. W ludziach wrzała krew. Nie można było ich powstrzymać. Wcale się im nie dziwię.

            Jednak powstanie nie wybuchło tak sobie, było jednym z elementów akcji „Burza”. Do tej akcji włączone były wszystkie jednostki AK i wszelka partyzantka.

            Ze wspomnień Antoniego Buczaka: (…) Podczas odczytania rozkazu do wszystkich żołnierzy, dowódca podziękował żołnierzom za trud i chwilowo rozwiązał partyzantkę, AK przechodzi do podziemia, ponieważ z ruskimi nie da się współpracować. Każdy żołnierz z bronią wraca do domu na swoja rękę. Nie iść dużymi grupami, omijać ruskich, a co do broni będą rozkazy. Była też prośba, a raczej odczytanie dalszych rozkazów nt. „pomocy Warszawie”. Kto chce pomóc Warszawie, na ochotnika niech wystąpi z szeregu i przejdzie na drugą stronę. Zgłosiło się bardzo dużo żołnierzy. Zgłosiłem swoja chęć, ale dowódca stanowczo odmówił, ponieważ nie służyłem w wojsku, nie miałem wojskowego przeszkolenia. Co z tymi ludźmi się stało, co zgłosili chęć pomocy Warszawie, to dobrze wiemy, tylko jednostki przeszły, reszta została zamordowana w perfidny sposób i zakopana w turskim lesie (…)”

            W Trzebusce i w Turzy ginęli żołnierze. Od sierpnia 1944 roku ciężarówki przywoziły nowych jeńców. Na chybcika sądzono i wydawano wyroki. Najczęściej śmierci. Ci, którzy odważyli się podkraść i nocą odkopać groby znajdowali w nich nagie ciała ze skrępowanymi drutem dłońmi z podciętymi gardłami.  Julian Kurasiński , rozpoznał jedną z pochowanych osób. Była nią młoda dziewczyna, sanitariuszka jednego z dwóch oddziałów AK, które z tego terenu wyruszyły na pomoc walczącej Warszawie.

            Mój dziadek wspomniał, że od nas do Warszawy wyruszyło właśnie dwa oddziały,  mówił, że żaden nie dotarł i milkł. Milczał potem bardzo długo, a babcia ręką nas wyganiała z kuchni.

            Wojna jest straszna. Nienawiść jest potworna. Strach tak potężny, że nie sposób sobie wyobrazić takiego strachu. I głód. Głód rozszarpujący jelita, władający kolczastymi palcami, mocniej niż rozum.

            Nie zgadzam się z panią Chutnik, która mówi, że należy normalnie żyć. Normalnie czyli bez pamięci? Bo polityka robi z powstania igrzyska, a reklama z wojny kicz. Faktycznie tak robią, jednak nie dajmy się zwariować. Przecież każdy z nas ma duszę i serce. Nie można zapomnieć bohaterstwa przodków. Przez chwilę myślałam, że ta pani mówi mądrze, jednak zmierzała do jednego. Zapomnijmy, machnijmy ręką, wąchajmy kwiatki i jedzmy lody.

            Nie potrafię. W podstawówce obejrzałam film „Godzina W” z Baczyńskim. Tego poetę pokochałam potężną miłością. Potem w liceum pisałam tekst o powstaniu. Tekst był na olimpiadę. Nie jestem wojskowym, nie znam się na działaniach wojennych ani na logistyce tych działań. Nie zamierzam oceniać powstania.

            Wiem, że wzięło w nim udział bardzo wielu ludzi, wiem, że z naszych terenów ruszyło również dużo zwolenników. Zginęli, jednak zgłosili się na ochotnika. Zgłosili się, więc uważali, że tak trzeba i to wystarczy. To oni ocenili sytuację, dlatego całym sercem jestem z nimi. Ich wiara wystarcza, ufam ich decyzji. Tak należało, tak trzeba było, nie można było inaczej.

            Współcześnie śmierć się opatrzyła, dzięki telewizji przestała być straszna. Jednak mnie przeraża. Może dlatego, że jej nie oglądam (telewizji). Przeraża mnie skrępowanie komuś rąk drutem i poderżniecie gardła, przeraża wyobrażenie, że sąsiad patrzył, jak człowiek obok dławił się krwią na sekundę przed tym nim przyszła na niego samego kolej. Co do rozstrzelania polecam opowiadania Bodora „Z powrotem do uszatej sowy”.

             Pamiętajcie o nas! Jak literatura przedstawia śmierć? Już niedługo odpowiemy na to pytanie.

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinby feather