Egzamin

                „I tak inteligentni ludzie są często zmuszani do picia, by bezkonfliktowo spędzać czas z idiotami” Ernest Hemingway.

            Miałam profesora od literatury (było ich dwóch), co zgadzał się z tymi słowami i wręcz żył według nich. Wszyscy wokół niego to idioci, a on ma czyściec na ziemi, bo musi z nimi pracować, rozmawiać i najgorsze egzaminować ich. O panu krążyły legendy, że jest w stanie podrzucić indeksy do góry i które złapie to wpisze im trójki, a które spadną to dwa, albo na odwrót. Zgodnie z aktualnym „widzimisiem”. Ambicją nie grzeszyłam i taki akurat sposób zdania egzaminu by mi odpowiadał, no może pod warunkiem, żeby pan pochwycił mój indeks. Nie lubię się zdawać na „szczęśliwy los”, ale przystałabym, a co!

            Jednak pan miał inny pomysł. Postanowił nas złamać. Głodem ich, głodem!

            Na egzamin spóźnił się dziesięć godzin. Dochodziła osiemnasta, kiedy w końcu się pojawił, a towarzystwo wierne niczym dalmatyńczyki przy kominku, warowało pod drzwiami. Przyszedł, popatrzył po nas (miał wypłowiałe oczy i grube wiecznie błyszczące usta) powiedział: nie martwcie się, to szybko pójdzie.

            I szło, jak z bicza. Dwa, dwa, dwa. Za alfabetem. Ja na końcu z koleżanką. Ludzie wykładali się właśnie na Hemingway’u. Bo on kontrowersyjny. Taki ostry gość, choć go cenię, to egzaminu nie zamierzałam oblać. No, komu się chce we wrześniu przyjeżdżać, myślałam, kiedy łąki cudnie zielone, niebo błękitne niczym morze i na odwrót, no i najważniejsze na obóz jechałam, konno zamierzałam pomykać i nieboskłon muskać rzęsami, a nie…

            A skoro pomysł z podrzucaniem indeksów upadł, to trzeba było się coś odezwać, chociaż powalczyć.

            Miałyśmy plan. Zamierzałyśmy się pokłócić. Ja atakuję, ona odpiera. Pan słynął z niechęci do rzeczywistości, łagodnie mówiąc. Przeklinał na okrągło, z wykładu notatek nikt nie robił, bo wstyd. Kiedyś się wysiliłam i pisałam wszystko, jak leciało. Przypominało to słownictwo Masłowskiej z „Wojny polsko-ruskiej”.

            Należało go wciągnąć w dyskusję o życiu. Zacznie narzekać, my kiwać głowami, powinno pójść. Wchodzimy. Ostatnie. Gapi się na nas z wysiłkiem, jakby spodnie go piły w pasie. Zaczynam ja – że wszystko jest bez sensu… – o Chryste, nie dał mi skończyć. – Jak cię kopnę w du… Zięba – mówi – to wyp… razem z drzwiami, a schody du… połamiesz i wylecisz na pys… z naszej uczelni matki najmilejszej.

            To o Auschwitz, do koleżanki. Ona kujon to recytuje, już się nie wygłupia czuję, że taktyka upadła. – A co Zięba na to? – pyta i się podśmiechuje. – Myślę…- Ty myślisz? – znowu mi przerywa. – Tak – podnoszę głos – zapewniam pana, profesorze, że taki proces w mojej głowie zachodzi, choć w rozgardiaszu umknąć mogą wszelkie tego oznaki. – Ależ go rozbawiłam, mój Boże. Poczerwieniał, posiniał (miałam pewność spodnie za ciasne), aż czkawki dostał. Kiedy się uspokoił zmienił gadkę, już na luzie o moich fascynacjach literackich rozkazał, żeby mówić. To dla mnie woda na młyn, i zaczęłam od Hemingway’a, że to wredny człowiek był, a co i aż cztery żony miał i moim zdaniem ludzi nie lubił, zresztą i tak w końcu w głowę sobie strzelił.

            Kiedy wpisywał mi detę, powiedział – nie umiesz, ale masz gadane i dlatego dostajesz pozytywnie. – Koleżanka też zdała.

A.C.

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinby feather

2 thoughts on “Egzamin

  1. Notoryczni czytacze tak mają -znaczy- gadane 🙂 takim nigdy nie zabraknie „języka w gębie”. Dobre były czasy dopóty, dopóki moja nauczycielka w średniej szkole nie zorientowała się, że potrafię „zabrać głos” 🙁 Moja pycha zaś została ukarana na egzaminie z psychologii, kiedy sądziłam, że bez problemu będzie 5 (bo cóż za kłopot wyjaśnić znaczenie definicji), tylko, że wyjaśnianie miało polegać na używaniu odpowiedniej terminologii, a nie laniu wody i tak z 5 zrobiło się 3; nauka nie poszła w las – nauczyła mnie pokory.

    1. Najważniejsze to nie poddawać się, tylko walczyć do końca. Taka końcówka na egzaminie potrafiła wiele zmienić 🙂

Comments are closed.